„Wywołaliśmy z moją ekipą temat, który wywołuje skrajne emocje. Niektórzy mówią, że po tym filmie musieli wejść pod prysznic” – mówiła reżyser dokumentu „Danger zone” Vita Maria Drygas podczas panelu „Turystyka wojenna – pamięć, edukacja czy komercjalizacja”. Uczestnicy panelu rozmawiali o zjawisku turystyki wojennej, zmianach jakie może spowodować w ludziach. Bohaterowie w tym filmie szukają odpowiedzi na nicość i monotonię życia, co prowadzi do niebezpiecznego i kontrowersyjnego uzależnienia od wyjazdów w rejony wojny.
„W moim otoczeniu jest nieskończona ilość reporterów wojennych, pisarzy wojennych. Większość ludzi, którzy regularnie jeżdżą w miejsca konfliktów zbrojnych jest w pewien sposób uzależniona od tej adrenaliny. Zauważamy naszą regularną potrzebę jeżdżenia w takie miejsce. Uzależnienie od emocji, które ze sobą niesie” – mówiła Drygas.
Komandor podporucznik Bartosz Rutkowski, który po latach służby w wojsku postanowił działać charytatywnie i założył Fundację Orla Straż, zwracał uwagę na nadanie sensu takiej turystyce wojennej. Jeżeli ona ma za sobą pociągnąć pomoc humanitarną, jeżeli ktoś jedzie w rejon konfliktu, żeby zobaczyć wojnę i wraca z potrzebą pomocy, to w jakiś sposób taki wyjazd jest usprawiedliwiony.
„Jestem pełen podziwu dla bohaterów filmu, ich odporności psychicznej. Byłem ponad 20 razy w miejscach gdzie są wojny, zamachy terrorystyczne. Nie da się z nich wyjechać obojętnym. Dla mnie przerażająca jest wizja człowieka, który jedzie w takie miejsca, widzi osoby cierpiące, wraca do domu na trzy miesiące, nie robi nic. A jak znów mu poziom adrenaliny spadnie, wraca w rejon wojny po kolejny ładunek emocji. Ja zachowuję balans psychiczny tylko dlatego, że podróże do takich miejsc nauczyły mnie pomagać. Trzeba tym, którzy mają pieniądze powiedzieć – ja to widziałem, a nie – ja o tym słyszałem, bo nikt wtedy pieniędzy na ta pomoc nie da” – mówił pan komandor.
Bohater filmu „Danger zone” Andrew Drury z turysty zamienił się w reportera. Jeździ na front, żeby potem opowiadać historie o tym co widział i w ten sposób uświadamiać, że wojna jest zła. „Ważne jest by po powrocie z frontu opowiedzieć co się widziało i w ten sposób, w pewnym sensie, ludziom, których wołania o pomoc nikt nie słyszy, dać głos”.
Pisarz Piotr Langelfeld podkreślił, że taka przemiana bohatera jest istotna, jeżeli turystyka wojenna jest w stanie zmienić postawy to znaczy, że można się w niej doszukać czegoś dobrego. „Ważne żeby przejść taką przemianę jak Andrew. Jako wojenny turysta przemienił się w osobę, która wyciągnęła z tego taka naukę. Ludzie w wielu krajach są coraz bogatsi, szukają przeróżnych środków zaspokajania swoich potrzeb, załagodzenia bólu egzystencjalnego. Najgorsze jest niezrozumienie konsekwencji tego wyjazdu, takiej wycieczki. Życie to nie jest tylko rozrywka. Turystyka wojenna to nie jest zabawa dla ludzi bez wyobraźni” – mówił Langelfeld.
„Moim zdaniem Andrew, kiedyś przechodził przez most a teraz stał się tym mostem dla ludzi dotkniętych wojną, tych o których opowiada, którym pomaga” – dodał Bartosz Rutkowski.
Michał Bruszewski na koniec zaznaczył, że niewykluczone, że turystyka wojenna, w niektóre rejony konfliktu, się skończyła – „Skończyły ja drony, moim zdaniem. Drony znacząco podwyższyły ryzyko takiego wyjazdu. Drony zabijają bowiem szybko, nagle i skutecznie”.
Jedno jest pewne – film „Danger zone” wyzwala rozmowy o wojnie i podważa jej sens.