Moje życie było skomplikowane – Spotkanie z Władysławem Kozakiewiczem

Moje życie było skomplikowane

Na XIII Festiwalu NNW odbył się pokaz dokumentu „Po złoto. Historia życia Władysława Kozakiewicza”. „Film jest wyświetlany w moim mieście. Powiem tylko tyle, że moje życie było skomplikowane” – powiedział przed projekcją legendarny lekkoatleta i mistrz olimpijski Władysław Kozakiewicz.

„Dokument Ksawerego Szczepanika o Władysławie Kozakiewiczu jest obecnie wyświetlany w polskich kinach, ale trzeba zaznaczyć, że jego zamysł rozbudowywany był podczas festiwalu NNW” – mówi dyrektor festiwalu Arkadiusz Gołębiewski podkreślając tym samym sukces odbywającego się w ramach NNW Pitching Forum, podczas którego rozwijane są projekty i scenariusze filmów dokumentalnych. „Pitching Forum na NNW w 2016 dał nam takiego kopa, żeby ruszyć z tą produkcją dalej” – przyznał producent filmu Dariusz Dikti.

Film „Po złoto” to historia życia legendarnego tyczkarza. Na Igrzyskach Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku Kozakiewicz na oczach milionów telewidzów toczy pasjonujący pojedynek z reprezentantem Związku Radzieckiego. W finale zdobywa złoto i pobija rekord świata, ale wyprowadzony z równowagi przez sowiecką publiczność pokazuje jej niesportowy, obraźliwy gest.

„Moskwa, 50 tys. Rusków gwiżdże na mnie, na Polaka. Pomyślałem – ja tym sk…nom pokażę” – mówi w filmie Kozakiewicz.

„Wał” zostaje uznany za prowokację polityczną i życie naszego lekkoatlety z dnia na dzień zmienia się. Początkowo Kozakiewicz staje się bohaterem narodowym – bowiem ten gest miliony Polaków odebrało jako symbol sprzeciwu wobec sowieckiej dominacji. „Kozak” zyskuje w kraju ogromną popularność i wpływy. Kiedy jednak przychodzi kryzys formy, zasłużonego tyczkarza dopadają wierni wobec komunistycznego reżimu działacze sportowi.

„Tyczka to trudna dyscyplina, ale dla mnie… nie była trudna” – zaczął opowieść o sobie na spotkaniu o pokazie sportowiec. Przyznał, że miał  umiejętność utrzymywania formy przez cały sezon. „W 1977 roku przegrałem tylko raz, tzn. … tylko raz byłem drugi” – żartował – „Byłem najlepszym technikiem na świecie, dlatego skakałem wysoko”.

Przyznał jednak, że przeciwności losu było dużo i to nie do końca była walka z poprzeczką, tylko z ludźmi, którzy rzucali mu kłody pod nogi.

Opowiadał sporo anegdot, ale przyznał też, że był pod dużą presją. Wspominał np. Mistrzostwa Europy w Pradze – „Jestem chory, 40 stopni gorączki, a mimo tego muszę jechać do Pragi i wygrać. Pojechałem i byłem czwarty na mistrzostwach Europy.(…) Ode mnie wymagano, że jak jadę na zawody to pierwsze miejsce ma być zajęte dla mnie. Jak było drugie, to pojawiało się rozczarowanie. Przyzwyczaiłem ludzi i związkowców do tego, że jak Kozakiewicz jedzie to wygrywa”.

Wspominał o tym, że niedawno jego wnuczki znalazły i wyjęły jego medale. Kiedy zaczęły je liczyć, wyszło ich ponad 400.

Mimo oszałamiającej kariery uważa, że woda sodowa nie uderzyła mu do głowy. „Nigdy nie używałem mojej osoby do tego, żeby czerpać z tego jakieś korzyści”- powiedział. Zawsze  sklepach w Gdyni stawał w kolejce – „Choć ludzie mówili – panie Władku niech pan przejdzie, pan musi jeść, mieć siłę. Ale nie korzystałem z tego. (…) Wam się wyda to głupie ale moja mama była dozorczynią…najlepszą na świecie. A ja najlepszym tyczkarzem na świecie. Komu jest potrzebny tyczkarz? Nikomu. A dozorczyni już tak”.

Opowiadał z goryczą o swoim wyjeździe z Polski w 1985 roku. „To co dałem dla Polskiego Związku i Polski to chciałbym, żeby ta Polska mnie poważnie traktowała. Nie będzie mi jakiś działacz mówił co ja mam zrobić. (…) Nie może być tak, że jak nie dostał koszulki albo długopisu Adidasa to nie wyślę mnie na mitingi i na zawody. Dlatego odmówiłem współpracy w Polskim Związkiem Lekkoatletyki” – opowiadał Kozakiewicz.

Wyjechał na zawody a PRL zwrócił się przeciwko niemu. Został zdyskwalifikowany, a  po tygodniu od jego wyjazdu, jak opowiadał, policja weszła do jego mieszkania w Gdyni – „Wyrzucono z mieszkania mojego ojca, skuli go w kajdanki a tam zakwaterowano w Gdyni na Świętojańskiej 51 ośmioosobową rodzinę. W następnym tygodniu wyliczono mi 22 miliony podatku”.  Zabrano mu samochody, wyczyszczono konto. „Jakbym wrócił do kraju, poszedłbym do więzienia. Do tej pory nie odzyskałem mieszkania, konto było zerowe, wszystko mi zabrano” – mówił z goryczą a potem dodał – „Całe szczęście, że świat się zmienił.”

„To było oczywiste, że trzeba zrobić film o Kozakiewiczu. Producent i reżyser to trochę takie sępy szukające dobrych tematów. Ja też jestem z Gdyni i jak byłem niemowlakiem mieszkałem na tej samej ulicy co pan Kozakiewicz. (…) Powiedziałem do reżysera – bierzmy się za bohatera naszych gdyńskich podwórek”- mówił po pokazie filmu „Po złoto” producent Dariusz Dikti.

Widzowie wychodzili z kina poruszeni spotkaniem i filmem „Po złoto”. Jak mówił dyrektor festiwalu Arkadiusz Gołębiewski – „Ten dokument jest przykładem, jak zrobić film, który ma doskonałą konstrukcję. To trudny temat dojścia na szczyt a potem emigracji. To wyzwanie dla nas filmowców, opowiadać o takich osobach. Tematy, które wydają się tzw. samograjami, dla twórców wbrew pozorom są najtrudniejsze”.